Pamiętnik kociary marzec/kwiecień 2008
30 marca 2008
27 marca Żwirek przeszedł sterylizacje – szybko doszedł do siebie.
Kocurek z Żoliborza jest bardzo przestraszony. Dziewczyna, która karmi tu koty, powiedziała, że na ulicy był bardzo przymilny. Pózniej u niej w domu trochę się chował ale u mnie jest bardzo nieufny, fudzy, kuli się. Może nie lubi zamknięcia. Niestety jakiś czas musi być w klatce na kwarantannie.
Kotka grafitowa po sterylizacji została wypuszczona. Ci państwo którzy ją karmią, powiedzieli, że zaraz po wypuszczeniu poczuła się cała szczęśliwa – biegała z ogonkiem do góry, dawała się głaskać. Koty mają tam budę, baraki, gdzie znajdują schronienie, są dokarmiane.
W piątek byłam pierwszy raz na tai chi i zdecyduje się chodzić regularnie. Od siedzenia przy komputerze czule dyskomfort w kręgosłupie. Może ruchy rąk w tai chi pomogą.
Na pierwszych zajęciach marnie mi szło. Nie łatwo zapamiętać kolejność ruchów. Ale może później pójdzie lepiej.
31 marca 2008
Jakiś pech mnie prześladuje. Dziś wróciłam wcześnie z pracy. Nawet zapomniałam kupić kotom serca, tak się spieszyłam
żeby zrobić Frezji test. W pośpiechu zapomniałam torebki. Może nie powinnam była się wracać – może akurat nie byłoby kanara, który by mnie złapał bez karty miejskiej. Ale się wróciłam. Przesądy to bzdury i nawet nie przysiadłam symbolicznie.
Zastanawiałam się jaki pech mnie spotka. Myślałam, że autobus mi ucieknie ale nie uciekł. Dojechałam do lecznicy i okazało się, że testu nie można zrobić bo lekarz nie wie gdzie testy leżą. Mówię, że do laboratorium. To się okazało, że to jest straszna procedura. I co miałam robić… kłócić się!!!!
Maluszka jest nie zaszczepiona i nieprzetestowana. Jakby człowiek miał mało roboty z kotami to jeszcze takie problemy.
Żeby jeszcze była kolejka ale żywej duszy nie było…
Wczoraj wieczorem koty mi rozwaliły drugą krytą kuwetę. Poprzednia zarwała się pare miesięcy temu. Obie kuwety kupiłam jakieś 6 lat temu.
Może to zmęczenie materiału… Albo raczej kuweta kryta nie może stać na trasie skoku kota. Wczoraj usłyszałam głośny trzask – i okazalo się, że w daszku kuwety jest dziura. Na razie okleiłam ją taśmą klejącą. Muszę kupić jakiś mały stolik i postawić kuwetę pod stolikiem. Niestety fajne stoliki, które widziałam w Ikei, są o 3 cm za niskie.
Czarcikowi zrobił się ogromny kołtun na grzbiecie. Niestety nie mam czasu regularnie czesać tych norwegów szczególnie, że nie lubią tego i trzeba staczać walkę. Jedynie Pućka lubi czesanie ale jej kołtuny się nie robią, a jeśli już to bardzo drobne.
Norwegi maja podszerstek. Może ciepło się zrobiło i stąd ten kołtun???? Jestem pewna, że jeszcze parę dni temu tego nie było.
Normalnie Czarcik jest mało kooperatywny i chowa się za kanapą jak wyczuje, że coś się dzieje.
Udało mi się wynieść go do łazienki, bo tam nie ma się gdzie schować, i wycięłam mu futro prawie na całym grzbiecie.
Wygląda okropnie. Ale przecież odrośnie.
Biedny Czarcik!
W łazience koty kryją się do szafy w skrzyniach na brudy. Odkryłam, że Maciuś chowa się tam przed Jego Wysokością.
Maciuś uwielbia siedzieć w łazience. Ma tam swoje chrupki c/d i może nie lubi kotów i chce być sam.
Niestety gdy Jego Wysokość udaje się do łazienki lepiej żeby żadnego kota tam nie było.
Pare razy już zmartwiałam co się dzieje z Maciusiem. Jego Wysokość się zjawia, wszystkie koty uciekają za kanapę, a Maciuś znika.
Widocznie spryciarz znalazł sobie kryjówkę, której JW nie znalazł.
1 kwietnia 2008
Wracam do domu po gimnastyce i od razu jest śledztwo – kto zalał kuchnię. W domyśle na pewno ja!!!
Mówie jej wysokości, że nie wiem kto zalał kuchnię bo wczoraj byłam cały dzień w biurze a wieczorem, w jej
obecności zresztą, odgrzewałam sobie zupę, która nie wykipiała. Dziś od rana byłam na gimnastyce a nie mam
zwyczaju wstawać o 6 rano i gotować. Ot i zagadka – kto zalał kuchnię!
Jej wysokość prasuje i narzeka, że Jego Wysokość ma za dużo koszul i nie ma miejsca w szafkach.
„Wy mnie wyrzucacie ze wszystkiego!” – narzeka. Nie wiem jak ja ją wyrzucam z jej szafek. Swoich rzeczy tam
nie trzymam ale prawdopodobnie jakoś tak działam, że szafy sie kurczą i ona ma coraz mniej miejsca.
Zauważa koci włos na koszuli i się zaczyna: że ma już dosyć tych kłaków, że powinnam sobie zrobić rentgen płóc bo na pewno w płucach mam pełno kocich kłaków, że trzeba żyć normalnie a nie z gromadą kotów, i tak dalej i tak dalej.
Nie chciałam wszczynać awantury bo to jest drażliwy temat i delikatnie powiedziałam (wiadomo co kogo chodzi)
że obecność w domu osoby, które jest złośliwa, pomiata innymi jest dużo gorsza niż gromada kotów.
Wolałam wyjść niż wysłuchiwać wykładu na temat „Wyższości człowieka nad kotem”. Co do wyższości człowieka nad kotem
to mam coraz więcej wątpliwości. Wartość każdej istoty jest taka, moim zdaniem, na ile spełnia zadanie powierzone jej
przez Boga. Zwierzęta, rośliny, kamienie i wszystko to czemu Bóg nie dał wolnej woli, spełniają boże zadania bez szemrania.
Czy są gorsze tylko dlatego, że Bóg wyznaczył je do innych zadań i wyposażył je w inne narzędzia?
Czy to że dostaliśmy rozum czyni nas lepszymi? Bóg dał nam rozum bo mamy do wykonania trudniejsze zadanie.
Mamy przez całe życie zrozumieć co jest dobre a co złe. W brew pozorom nie jest to łatwe i wielu się nie udaje.
Bo czy opieka nad kotami jest dobra czy zła? Jej Wysokość twierdzi że zła. Ja twierdze że dobra.
Kto ma rację?
W każdym razie wydaje mi się, że na sądzie ostatecznym będę miała się czym pochwalić.
Nie powiem po prostu: żyłam sobie, pracowałam, ot tak zwyczajnie, nie zrobiłam ani nic złego ani dobrego.
Powiem, że uratowałam pare kotow.
3 kwietnia 2008
Zastanawiam się, czy to co tu wypisuje nie jest tak smętne, że czytelnik się porzyga.
Przypominam sobie, że 3 razy miałam do czynienia z ludźmi jakby toksycznymi. Na początku było super, cieszyłam się, że poznałam kogoś nowego ale wkrótce kontakty były nie do zniesienia. Mam wrażenie tak jakby ten człowiek mnie truł – jakbym w jego obecności wdychała trujące opary. Po spotkaniu bolała mnie głowa i byłam tak oszołomiona, że nie byłam w stanie się na niczym skupić. Depresja sięgała dna.
Pierwszą taką osobą była moja wieloletnia przyjaciółka ze szkoły podstawowej. Miała kłopoty rodzinne, rozwód, śmierć ojca, kłopoty wychowawcze z synem, problemy z matką/babcia, która rozpieszczała wnuka i nieświadomie buntowała przeciwko jego matce.
Jest silną kobietą i te problemy nie wydawały się jej załamywać. Przeciwnie wydawało się, że prze do przodu i daje sobie w tym wszystkim rade. Gdy byłyśmy jeszcze w szkole uważałam ją za mało zaradną dziewczynkę. Ale jako dorosła kobieta radziła sobie lepiej ode mnie i wręcz nabierała pewności siebie.
Niestety na mnie wylewała kubły pomyj. Często zapraszała mnie do siebie na pogaduszki, które zaczęły wyglądać jak monolog: zły mąż, zły syn, zła matka. Pytała mnie oczywiście co u mnie słychać ale za nim zdążyłam otworzyć usta, żeby coś powiedzieć, przerywała mi i monolog zaczynał się od nowa. Z tych spotkań wychodziłam z ciężką depresją i bólem głowy. Bo czy mogłam jej pomóc? Czy mogłam spowodować żeby mąż do niej wrócił, żeby znalazła dobrze płatną pracę?
Najgłupsze, że nie potrafiłam zdobyć się na to aby jej powiedzieć prawdę jak okropne jest dla mnie wysłuchiwanie tych żalów. Zwłaszcza, że za każdym razem wypowiadała dokładnie te same teksty i te same zdania. Nie chciałam jej urazić i tym samym straciłam przyjaciółkę.
Zaczęłam się wymawiać od spotkań brakiem czasu aż w końcu kontakt się urwał.
Ona do mnie w zasadzie nie dzwoniła. Natomiast gdy ja zadzwoniłam to musiałam wysłuchać wymówek, ze nie dzwonie i się nie odzywam. Zmuszała mnie tym samym do tłumaczenia się, zmyślania jakichś wymówek. Brzuch mnie bolał na samą myśl, że zanim zadzwonię muszę wymyślić jakąś sensownie brzmiącą wymówkę dlaczego wcześniej nie zadzwoniłam.
Na pewno gdyby mnie przywitała słowami: „O fajnie że dzwonisz, co słychać” i tyle to nasz kontakt by się nie urwał.
Znalazłam ją na Naszej klasie ale mam zadzwonić, zamalować? I co powiem? Jaką mam wymyślić wymówkę ze nie odzywałam się ponad 10 lat.
Drugą osobę znałam krótko. Był to starszy pan poznany na kursie masażu polarity. Adorował mnie i bardzo mi się to podobało. Wcale się nie dziwię, że młoda dziewczyna może się zakochać w mężczyźnie, który mógłby być jej dziadkiem. Zainteresowanie dojrzałego mężczyzny bardzo imponuje a na wygląd początkowo się nie patrzy. Do niczego nie doszło bo facet był żonaty a ja mam zasady. Zresztą początkowe miłe spotkania w kawiarni zamieniły się w oplatanie mnie.
Wydaje mi się, że na początku liczyłam na to, że ktoś starszy podzieli się ze mną swoją mądrością życiową, że powie mi co mam robić, jak żyć. I rzeczywiście zaczął mi mówić jak mam żyć, tak jakby planował moje życie.
Poczułam się jak robot, którego się programuje. To było tak okropne, że zerwałam znajomość.
Trzecią taką osobę spotkałam na kursie. Razem wracałyśmy autobusem i gadałyśmy. Była matką córeczki z porażeniem mózgowym, zupełnie opanowaną obsesją leczenia dziecka.
Całkowicie poświęciła swoje życie rehabilitacji córeczki i wykonała świetną robotę, dziewczynka tylko lekko pociągała nogą. Gdyby ktoś nie wiedział nigdy by się nie domyślił, że miała porażenie mózgowe.
Potrafiła mówić tylko o tym. Już nie pamiętam dokładnie jak to było. Pamiętam tylko że słuchanie tego ciągłego narzekania było nie do zniesienia.
Została oszukana na duże pieniądze przez jakiegoś pseudo bioenergoterapeute i w zasadzie była w poszukiwaniu następnych niekonwencjonalnych sposobów leczenia tylko chciała gwarancji że nie wyda pieniędzy na daremno.
Nie kontynuowałam tej znajomości.
Dodaj komentarz