Po co ci to, rzuć ty to! – 20 luty 2008
Każda impreza rodzinna staje się zawsze miejscem dyskusji na temat mojej działalności na rzecz kotów. Generalnie wszyscy są temu przeciwni i trzeba się mocna starać żeby spokojna dyskusja nie przerodziła się w kłótnię.
W zasadzie im się nic nie podoba, gdyż wszystkie moje hobby były krytykowane. Gdy byłam fanka zagorzała znanego piosenkarza to mi powtarzali: Po co ci to, na co ci to, rzuć ty to. Zabawne jest ale „rzuć ty to” miało być cudownym remedium na wszystkie moje kłopoty.
W pojęciu mojej rodziny normalność polega na tym, że człowiek spędza pół życia w pracy a drugie pół przed telewizorem.
Moje poprzednie hobby porzuciłam kilka lat temu. Powodów tego było kilka i kiedyś o nich opowiem. A teraz rodzinka twierdzi, że powinnam wrócić do tego co kiedyś tak krytykowali.
Ale wracając do rodzinnej imprezy, jedna z cioć stwierdziła, że skoro mam energię życiową żeby pomagać innym to powinnam pomagać ludziom, np. w hospicjum. Nie kontynuowałam tematu. Tłumaczenie, że po prostu lubię zwierzęta, trafiłoby w mur niezrozumienia.
Posiedziałam ile trzeba przez grzeczność. Już po moim wyjściu ciocia stwierdziła, że rozumie, że ktoś chce się samorealizować ale musi to robić tak, żeby nie przeszkadzać innym.
Czyli generalnie powinno się pracować społecznie ale poza domem.
Spytałam moja rodzinę wprost, czy ucieszyliby się, gdybym zaczęła pomagać ludziom. Czy spodobałoby im się, gdybym zaprosiła na obiad bezdomnego, pomogła mu się umyć, uprać ciuchy. Nic nie odpowiedzieli – to było trochę z grubej rury, wiec wymyśliłam łagodniejszy wariant: chciałabym zapraszać do domu dzieci z domu dziecka i spędzać z nimi czas.
Tu powtórzono mi mądrość mądrej dzieci: każdy ma prawo się samorealizować ale nie kosztem innych.
To takie typowe. U nas się uważa, że oczywiście trzeba pomagać ale niech to robią inni i nie pod moim domem.
Moje koty nie przeszkadzają nikomu. Właściwie siedzą zamknięte w swoich pokojach. Nie maja prawa wyjść bo zaraz jest awantura. Żal mi tylko Macka, który ma syndrom urologiczny i musi jeść specjalną karmę. Przyzwyczaił się, że dostaje ją w łazience bo karma jest zbyt droga żeby ja jadły wszystkie koty, a poza tym innym nie jest potrzebna.
Maciek średnio raz na miesiąc ma krew w moczu. Pytałam różnych weterynarzy, ale wszyscy mówią, że na SUK nie ma leku. Zostaje jedynie karma.
Maciek jest przemiłym kocurkiem. Znalazłam go kiedyś na ulicy idąc w odwiedziny do znajomych. Był wrzesień, ciemno, nagle pod nogami przeleciał mi kotek. Poszłam dalej ale usłyszałam miauczenie. Wróciłam się i zajrzałam pod zaparkowany samochód. Wybiegł stamtąd do mnie zabiedzony biało bury koniaczek. Był w okropnym stanie: brudny, zaropiałe oczka, wychudzony. Wzięłam go pod pachę i od razu poleciałam do lecznicy. Maciek po kilku antybiotykach doszedł do siebie, wyzdrowiał, wyładniał. Niestety nie znalazł domu, zapewne w skutek nieciekawego umaszczenia.
Małgosia
Share
Dodaj komentarz